Salwa honorowa ku pamięci zmarłego wujka

Dokładnie dwa tygodnie temu stwierdziłem pad płyty głównej. Początkowo podejrzewałem kartę graficzną, ale po przepięciu się na gniazdo zintegrowanej żaden cud nie nastąpił. Diagnoza: płyta główna do wymiany.

Chciałem uniknąć całego kabaretu z reinstalowaniem całego środowiska pracy, postanowiłem kupić dokładnie ten sam model płyty głównej. Jedna oferta na Allegro u sprzedawcy, po którego komentarzach można domniemać, że miewa on w swej działalności wzloty i upadki.

Zaryzykowałem. Czy się opłaciło? Po dwóch tygodniach wiem, że nie. Na płytę czekałem prawie tydzień i tylko swoim interwencjom telefonicznym zawdzięczam to, że w ogóle sprzęt dotarł do mnie przed świętami. Po zainstalowaniu płyty okazało się, że do wymiany jest również karta graficzna. Podejrzewam, że to ona spowodowała awarię płyty-matki. Kupiłem więc i grafikę: wysłana w poniedziałek po świętach, dotarła do mnie następnego dnia po nadaniu. Bingo!

Teraz w telegraficznym skrócie opiszę, co było dalej: w systemie burdel od sterowników [stop] głębia kolorów sztuk 256 [stop] ostatecznie reinstalacja wszystkiego [stop] konieczność aktualizacji biosu płyty głównej [stop] noc zarwana.

Środowisko pracy przywracać skończyłem w środę nad ranem, później drzemka i nadrabianie zaległości powstałych w wyniku nieplanowanego rozbratu z komputerem. A w czwartek pogrzeb.

Dzień po świętach, po ciężkiej chorobie zmarł wujek – brat mojego taty. Niby był czas, aby przygotować się na najgorsze, ale to jednak cios. Na dzień pogrzebu wybrano czwartek. Nie lubię pogrzebów, wręcz mam na nie alergię. Podobnie jest z weselami, ale z tymi jest wariant „b”, który polega na tym, że uczestniczę w nim przyklejony do wizjera aparatu. Pogrzeb, to jednak inna historia.

Żołnierze, w takich sytuacjach, oddają salwy honorowe z broni palnej. A fotograf? Fotograf też może wcisnąć spust. Spust migawki. Ucieszyłem się na myśl, że będę mógł pożegnać wujka na swój własny sposób, tak, jak umiem najlepiej. Od serca i po swojemu, fotografią zastępując wszelkie zdrowaśki i wieńce.

Czytaj całość…

Konflikt pokoleń dotyczy również fotografów

W słoneczne, niedzielne popołudnie zachciało mi się iść na spacer. Ot, taka spontaniczna zachcianka. Jednak nie lubię uprawiać sztuki dla sztuki tracąc jedynie czas, toteż aby uczynić moją przechadzkę owocną, postanowiłem wziąć ze sobą aparat.

Pomyślałem, że jest fajna pora, aby zakotwiczyć na dłużej w parku i podpatrywać ludzi na tle wczesnojesiennej scenerii. Plan ten jednak porzuciłem mijając boczną bramę Starego Cmentarza w Dębicy. Zaledwie tydzień temu byłem w Tarnowie fotografować wiekowe groby – dlaczego więc nie powtórzyć tej koncepcji tutaj, na miejscu?

Wszedłem przez bramę główną. Patrząc na wprost, na końcu głównej alei widać starą, neogotycką kaplicę grobową. Mnie jednak bardziej interesowało to, co znajdowało się obok mnie: mnóstwo starych grobów! Nie tak starych, jak w Tarnowie, ale „kilka perełek na pewno się znajdzie” – pomyślałem.

Oczy moje namierzyły grób, w którym pochowano kilka osób i wszystkie one żyły w XIX wieku. Sam cmentarz również powstał w tym okresie, dokładnie na początku dziewiętnastego stulecia.

Wyjąłem aparat i zacząłem przymierzać się do pierwszego zdjęcia. Nijak mi nie pasowało, bo po prostu przyszedłem o niewłaściwej porze. Gdyby słońce przesunąć o 180 stopni, byłoby okej, ale tu miałem dokładnie pod światło.. Co tu robić? Co robić? Doświetlić fleszem? Niegłupia myśl! Ustawiłem sobie w aparacie wszystko tak jak stałem, by za pomoc wbudowanej lampy skutecznie skontrować światło słoneczne. Ekspozycja: -1,3EV, flash +1,7EV, 1/125s i taki sam czas błysku…

Cel… pal… ognia! Stuk, pstryk, klap i… bingo! Kadr dupowaty, ale reszta cacy – dokładnie tak, jak chciałem :) Postanowiłem jednak darować sobie błyskanie, a skupić się na ciekawych ujęciach. O ile można skupić się, spacerując we dwoje (narzeczone moje miało niebawem dołączyć do mnie). Drugie zdjęcie starannie sobie wydreptałem, starają się trzymać bokiem do słońca; przed pstryknięciem jeszcze drobna korekta ustawień i… stuk-pstryk-klap. Ledwie odkleiłem twarz od aparatu, gdy zza grobu stojącego obok usłyszałem:

  • – Panie, ale pan nic nie ustawia!
  • – Kto? Jak nie ustawia?
  • – No nie ustawia pan nic!
  • – A co mam jeszcze ustawiać?
  • – No, wszystko!
  • – Ustawiłem!
  • – Nie widziałem, żeby pan ustawiał!
  • – Bo ustawiam z tej strony – (pokrętło mam pod kciukiem, a przycisk +/- obok spustu migawki).

Czytaj całość…

Jesień idzie, jak w mordę strzelił!

Jesień w obiektyw puka

Jesień w obiektywy puka :)

I w tym właśnie tkwi magia i moc natury, ale i na tym polega słabość artystycznej duszy. Niesamowite, jak łatwo dać się zahipnotyzować urodzie przyrody. Chwila, moment nieuwagi i nawet taki ktoś, jak ja dał się wprowadzić w trans. Ja, czyli ktoś, kogo nie kręcą listki, robaczki, ptaszki, drzewka i zachody słońca wziął i z aparatem w łapsku opuścił swój dom. W kapciach.

I jak tu nie czuć się artystą, skoro ulega się przyrodzie, gdy ona zawoła?! Jesień dopiero puka do naszych drzwi, ale ja już na samo wspomnienie o jej pięknie padłem na kolana, wyjąłem z torby aparat i resztkami rozsądku zmusiłem się do wymiany zaprzęgniętego do body ZD 14-42mm na Heliosa 44M-4.

Po co mi Helios? Odpowiedź na to wymyśliłem będąc już przed blokiem.

Suchych liści póki co jest jak na lekarstwo; na grube dywany tychże trzeba jeszcze poczekać. Niemniej jednak jarzębinka już jest, a na drzewkach listki żółcić się zaczęły. Już niedługo… już nie-dłu-go. No ale… co „już niedługo”?

Nie wiem na pewno, ale wydaje mi się, że ta nostalgiczna część mojego „ja” pragnie robienia jesiennych zdjęć Heliosem. Tak jak ponad 20 lat temu mój Tato moim Zenitem. Oto dlaczego wziąłem Heliosa. Jeszcze Zenit by się przydał, ale tej jesieni chyba go sobie odpuszczę. Za rok przyjdzie kolejna… By to szlag! Cały czas myślę o fotografowaniu jesieni…

Fantastyczny to obiektyw… Ma, skubaniec, duszę przez te swoje ułomności: mocniej domknięta przysłona drży podczas ostrzenia, ostrzenie do najłatwiejszych nie należy (pierścień ledwie 270 stopni robi), w dodatku wizjer ciasny, ciemny i w ogóle… Ale niech mnie drzwi ścisną, jeśli tego nie lubię!

I tak jak za czasów TTL-ki: czułość na sztywno i regulując przysłonę oraz czas migawki próbowałem dogadać się ze światłomierzem. Niestety zdarzyło mi się oszukać – przyznaję się – czym nieco popsułem zabawę: przy jednym zdjęciu podbiłem czułość, bo za długi czas mi się zrobił z domknięta maksymalnie przysłoną (f/16). A propos…

Zwróćcie uwagę na zdjęcie nr 5 – ono właśnie z najmniejszą dziurą powstało i widać na nim (lewy dolny róg i wzdłuż dolnej krawędzi) dwie przecinające się smugi. Oto jest przysłona, a raczej jej odbicie, które jakimś cudem zrobiło się. Cóż, ten Helios już tak pod ostre światło ma :)

Czytaj całość…

Po urlopie w Gdańsku. Chyba chciałbym tam wrócić.

Gdańsk

Gdańsk

Mam problem z wymyśleniem ciekawego wstępu do tego wpisu, dlatego też zaczynam od wzmianki o tym :) To chyba przez to, że tak wiele chcę powiedzieć, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że to za dużo jak na jeden wpis. Trzeba więc zacisnąć zęby, powstrzymać chęci i wybrać tylko garść myśli, które paluchy wystukają na klawiaturze. Nie lubię tak, ale czasem trzeba.

Przed paroma dniami wróciłem z tygodniowego pobytu w Gdańsku, gdzie z Narzeczoną mą Kobietą urlopowaliśmy się zasłużenie. Był to pierwszy mój pobyt w stolicy Trójmiasta, dlatego – nie znając tego miasta – niczego wcześniej nie planowałem. Mowa o planach dotyczących fotografii i fotografowania, bo że na tym, a nie na smażeniu cielska na plaży się skupię, było pewne od samego początku.

Gdańsk

Gdańsk

Na podbój Gdańska wyruszyliśmy dopiero w trzeci dzień po przyjeździe; niemal od razu postanowiłem dać sobie spokój z robieniem zdjęć miejsc, zabytków, obiektów i innych turystycznych kadrów. Wszyscy to robią, mnie to nie kręci, za to do bólu jara mnie to, co po drugiej stronie obiektywów tych wszystkich turystów. Tematem mojej urlopowej fotografii byli turyści i to, co ma z nimi związek.

Obserwując ludzi, ich wpływ na odwiedzane miejsca i wpływ tych miejsc na turystów wysnuwałem rozmaite wnioski, co jakiś czas ich potok przecinając dźwiękiem migawki. Strasznym kiczem trąci ta cała turystyka: ludzie tępo konsumując papkę podawaną przez tych, którzy starają się wycisnąć z nich jak najwięcej pieniążków. Ludzie nie zastanawiają się nad tym, co jest im pokazywane – ważne żeby było dużo i nie wymagało samodzielności w myśleniu. Szkoda, że tak musi być.

Gdańsk

Gdańsk

Masę zdjęć przywiozłem z Gdańska: zdjęć ludzi, jakiś z pozoru mało istotnych pierdół, które jednak i dziś, i za czas jakiś, więcej wspomnień przywołają, niż fotki pomników, muzealnych gablot czy jeszcze jakichś innych turystycznych atrakcji. Te moje „pamiątkowe” zdjęcia często robiłem pod wpływem impulsu, a takowy, z czymś konkretnym związany, odciska swoje piętno w pamięci. Przeglądam sobie raz kolejny te wszystkie moje zdjęcia i właściwie przy każdym z nich jestem w stanie przypomnieć sobie nawet to, o czym w danym momencie myślałem.

Turyści niby wszędzie są tacy sami, albo przynajmniej bardzo do siebie podobni. Podobnie wyglądają i podobnie się zachowują, ale w tandemie z miejscami to oni byli i są żywi i to oni ten turystyczny młynek napędzają. Obce twarze, ale bez nich nie byłoby tak samo. Na nie polowałem, wyczekiwałem pewnych zachowań, przeczuwałem gesty, starając się wniknąć w to, co pośród zabytków było żywe i autentyczne – czyli nie malowane i ustawione pod turystów. Stąd tyle w pamięci i między pikselami.

Czytaj całość…