Jak wykorzystać zastane światło i cienie?

Wykorzystanie zastanego światła

Światła vs. cienie

Celem tego wpisu jest udowodnienie, jak ważne jest pozytywne myślenie, nie zrażanie się przeciwieństwami losu i śmiałe patrzenie wprzód w poszukiwaniu innej drogi, gdy zaplanowana trasa nie wypaliła. Tematu wykorzystywania zastanego światła, rzecz jasna, nie jestem w stanie wyczerpać, ale…

…mogę podać parę przykładów ugotowania niegłupiej potrawy z tego, co było pod ręką i bez książki kucharskiej. Bo nie lubię wtórności i zawsze własnymi ścieżkami staram się dojść do kulinarnej perfekcji. Może kiedyś mi się to uda. Póki co zwiedzam, eksploruję, starając się miejsca od zaplecza, a nie jeździć w jedno i to samo miejsce jak turysta, któremu wyjątkowo spodobało się miejsce, w które trafił z zakupionym przewodnikiem w ręku. Póki co perfekcją nawet mi nie pachnie, więc pokornie stoję tu, gdzie stoję, będąc tu, gdzie jestem. Jak na swoje ambicje potrafię niewiele, ale tym, co już umiem, staram się dzielić na tym blogu. Kogoś może zainspiruję, kogoś może podniosę na duchu, gdy upadnie zniechęcony kolejnym niepowodzeniem… Anyway.

Od dłuższego czasu w mojej głowie dojrzewał pomysł na sesję zdjęciową. Nie z żadną ładną modelką, ale z facetem i to z facetem wyglądającym jak mężczyzna, a nie jak jakiś pizduś :) Pomyślałem o Tomku – kuzynie, który spełniał moje oczekiwania: męska, ale nie piękna twarz (piękno zarezerwowane jest dla kobiet), dobrze zbudowany, ale nie jak z żurnala, do tego z charakterem… Przekonałem go do mojego pomysłu i postanowiliśmy działać.

Z różnych przyczyn pierwsza sesja odwlekała się w czasie i w końcu, żeby nie marnować już czasu, postanowiliśmy pierwsze zdjęcia zrobić w miniony weekend. Padło na sobotę, na godzinę 15 i jak na złość o 15 padło z nieba i padać nie przestawało. Niby zdjęcia tylko na przetarcie, na oswojenie się, na obadanie i dogranie szczegółów, na sprawdzenie się po obydwu stronach optyki aparatu, ale jednak i te skromne plany deszcz skutecznie popsuł.

Schowani pod mini-wiaduktem kolejowym (na oko z 8 metrów długości, 3 wysokości i 3,5-4 szerokości) czekaliśmy, aż przestanie padać. Wkurzało mnie to, bo tę miejscówkę chciałem w zupełnie inny sposób wykorzystać, a później przenieść się w inne miejsce, w którym powstanie większość właściwych zdjęć. Nic z tego tym razem.


Czytaj całość…

Łomoszoping. Zakupowa fotografia komórkowa

Poruszone zdjęcie według Samsunga Monte :)

Poruszone zdjęcie według Samsunga Monte :)

Kilka dni temu przeglądałem zdjęcia zgromadzone w telefonie – bo zrobione nim. Potrzebowałem kilka z nich przesłać na komputer. W trakcie przeglądania natrafiłem na kilka – wykonanych w sporych odstępach czasowych – zdjęć, które miały jeden, wspólny mianownik: zrobiłem je w trakcie zakupów.

Zrzuciłem na komputer i je, po czym zabrałem się za przeglądanie. Część z nich niezbyt nadaje się do oglądania – tak bardzo poruszone są. W dodatku mój telefon – Samsung Monte – ma taką głupią manierę: poruszone zdjęcia zapisuje dokładnie tak, jak na zdjęciu obok.

Do wad aparatu w moim Samsungu dorzucę też brak innych czułości, a kompensacja ekspozycji jest picem, bo robi za nią… zwykła korekcja gamma. Pozostaje więc poszukać komóry z lepszym aparatem i podążyć tą sklepową odnogą łomografii ;)

A tymczasem zapraszam do obejrzenia skromnej galeryjki zdjęć zgromadzonych do tej pory. Daty i miejsca w opisie zdjęć.


Czytaj całość…

Teatr Kurtyna „Papa się żeni” – zdjęcia

W dniach 16 i 17 kwietnia na scenie dębickiego Domu Kultury „Śnieżka” była okazja obejrzenia teatryzacji klasyku polskiego kina pt. „Papa się żeni”. Teatr Kurtyna zaprezentował własną interpretację historii Miry Stelli i jej adoratorów. Muszę przyznać, że ten teatralny remix – dość odważny – całkiem fajnie im wyszedł. Więcej na temat moich kulturalnych wrażeń na blogu Szuman.eu (KLIK)

„Papa się żeni” obejrzałem w niedzielę, w towarzystwie Oblubienicy Mej Kobiety. Tym razem nikt mnie nie prosił o zdjęcia, więc spokojnie mogliśmy sobie zasiąść na widowni, nie przejmując się miejscem, z jakiego przyjdzie nam sztukę oglądać. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie wziął aparatu :) Teraz jednak wziąłem go dla zabawy. Chciałem zrobić trochę zdjęć z perspektywy widza, a przy okazji – korzystając z braku fotograficznych zobowiązań wobec kogokolwiek – w pełni oddać się rękodziełu. No, jedynym automatem, z jakiego korzystałem, był (niezbyt celny w tym obiektywie) AF – ale z włączoną opcją ręcznej korekty.

Klisza wybacza najwięcej, a najmniej matryca LiveMOS – czyli dokładnie taka, w jaką wyposażony jest mój Olympus. Żeby było ciekawiej, zabrałem ze sobą tylko jeden akumulator, tylko jedną kartę pamięci i tylko obiektywy kitowe: 40-150 mm i 14-42 mm, którego jednak nie użyłem (wziąłem na wypadek, gdybyśmy dostali miejsce blisko sceny). Ot, typowy zestaw niedzielnego używacza lustrzanki. Pod koniec spektaklu żałowałem, że nie zabrałem całej torby z fotoklamotami – przydałaby mi się lampa. Ale wiecie co? Po całej godzinie powstrzymywania się od wstania z miejsca i fotografowania, brak dodatkowego sprzętu wcale mnie nie bolał. Nawet swego rodzaju satysfakcję czułem – podobną do tej, jaką daje rzucenie palenia.

Słabiutko w tej „Śnieżce” świecą. Gdybym z takimi ustawieniami ekspozycji robił Mokaferię (link), to 90% zdjęć byłoby wyjaranych na wylot. ;) Przed rozpoczęciem niedzielnego seansu wstępnie sobie aparat poustawiałem, ale gdy się zaczęło… prędko czułość w górę i dopiero stopniowo dostosowywałem się do warunków. Kusiła wtedy możliwość przejścia na półautomat, ale nie dałem się. ISO 800 i ciągłe lawirowanie, aby utrzymać czasy na poziomie nie dłuższym, niż 1/40s, co przy przysłonie 5,6-6,3 pozwalało zdjęcia naświetlać na poziomie -4 do -2,7.

Paskudnie powychodziły niektóre zdjęcia, ale było to do przewidzenia. Zrobione na ISO 800, podciągane po 3 EV i bez najmniejszego odszumiania muszą być brzydkie. Poza tym wiele kadrów niepotrzebnie ucierpiało przez manual: naświetlałem je z czasami po 1/250s, a spokojnie wystarczałoby im 1/80s. Czasem jednak nie nadążałem czasem z ustawieniami – przyznaję. Jednak nie żałuję tej zabawy, bo nawet, gdy efekty są mizerne, to frajda i kolejne zdobyte doświadczenia są na ogół bezcenne.


Czytaj całość…

Rekonstrukcja obozu pracy – Pustków Osiedle

W środę 30 marca postanowiłem definitywnie wybudzić się z zimowego snu i zacząć karmić Wsubiektywie.pl nowymi materiałami. Spontanicznie wybrałem się z aparatem do miejscowości Pustków Osiedle, w której znajduje się słynna Góra Śmierci, o której już tu wspominałem – KLIK. Pojechałem tam na zwiad.

Tym razem celem nie była Góra Śmierci, ale to, co podczas wojny znajdowało się u jej stóp: OBÓZ PRACY. Niedawno dowiedziałem się, że ruszyły zapowiadane od dłuższego czasu prace związane z rekonstrukcją obozu w tym samym miejscu, w którym dawniej się znajdował. Byłem ciekaw zarówno odbudowy obozu, jak i prac przy budowie autostrady A4, która przebiegać będzie tuż obok.

Jak zwykle na wszelki wypadek zabrałem aparat, choć miałem świadomość tego, że pora do zdjęć była raczej kiepska. Słońce ni w gruszkę, ni w pietruszkę: za wysoko, by zachodzić, a za nisko, by szczytować. Że też niebo musiało być bezchmurne, cholera…

Ale skoro już się tam znalazłem i miałem ze sobą aparat, postanowiłem zrobić kilka zdjęć: choćby po to, aby udokumentować stan obozu i A4 na dzień 30 marca 2011. Z resztą nigdy nie wiadomo, czy nie nadarzy się okazja zrobienia kadru tygodnia/miesiąca czy nawet roku, a gorzki smak niewykorzystanej okazji często powraca.

Zrobiłem kilkanaście zdjęć powstającej autostradzie i rekonstruowanemu obozowi pracy. Niechaj będzie sobie seria „na przebudzenie”. Może kiedyś pojadę tam sobie o bardziej sprzyjającej porze dnia i zrobię lepsze zdjęcia. Tymczasem zapraszam do obejrzenia garstki kadrów z 30 marca.

Najnowsze zdjęcia – z 29 lipca 2011 roku – znajdziecie TUTAJ!
Czytaj całość…

Mokaferia Love – zdjęcia z koncertu

Mokaferia Love 2011 - plakat

Mokaferia Love 2011 – plakat

Na dzień przed koncertem nie byłem zdecydowany, czy iść, czy też odpuścić sobie. Z jednej strony cholerny głód fotografowania, z drugiej niechęć do instytucji zwanej świętem zakochanych, a pośrodku gdzieś, neutralna obojętność wobec fotografii koncertowej. Lubię pooglądać kadry innych, ale mnie osobiście możliwość pstrykania pod sceną nie przyprawia o szybsze bicie serca. Przynajmniej nie takie, jak zakochanych w tej sztuce fotografów.

Do rozpoczęcia walentynkowego koncertu „Mokaferia Love” (to już czwarta edycja) było około 23 godziny, kiedy zadzwonił telefon. Zerknąłem na wyświetlacz, by zobaczyć, kto po drugiej stronie linii oczekuje, aż odbiorę. „Hej, cześć, bla bla bla, bo robić zdjęcia na koncercie, bla bla bla, OK, super, spoko, papa”… No i szlag trafił dylematy: idę, lecę! Jadę. Kuzynka prosi.

Czego się życzy fotografowi? Światła. A to – z fotograficznego punktu widzenia – było do dupy. Strasznie mocne, soczyste kolory, w cholerę dymu i pół biedy, kiedy jednocześnie świecił więcej, niż jeden kolor. Grzesiek, kolega po fachu, który też tam był, w pewnym momencie podszedł i powiedział: „beznadziejne światło, za dużo czerwonego”. Fakt faktem: sama czerwień. Po chwili jednak parsknąłem śmiechem, bo tę 100% czerwień (zdjęcie 17) zastąpił 100% niebieski (zdjęcie 18) :)

Jeszcze słówko o wydarzeniu i przejdziemy od galerii. „Mokaferia Love” jest koncertem, który od czterech lat organizuje dębickie Vocal Studio (KLIK) z okazji „walentynek”. Klimatowe dekoracje i miłosny repertuar śpiewany przez uczniów VS mają umilić walentynkowy wieczór wszystkim tym, którzy postanowią wybrać się na ten koncert. Vocal Studio założyła i prowadzi moja kuzynka: Katarzyna Godzisz-Antonik. Jest ona jednym z niewielu certyfikowanych instruktorów metody Speech Level Singing (KLIK) w Polsce. Najlepszym dowodem potęgi SLS są ci, którzy z tej metody korzystali i korzystają (na czele z największymi gwiazdami światowego formatu). Tyle teorii, czas na zdjęcia.


Czytaj całość…

Dębickie „światełko do nieba”, czyli Draconica podczas XIX Finału WOŚP

Inne miasta mają sztuczne ognie, a Dębica ma Draconicę – grupę tancerzy ognia :) Kilkanaście miesięcy temu miałem przyjemność fotografować ich pokaz podczas imprezy urodzinowej jednego z dębickich centrów handlowych (KLIK). Pokaz (na parkingu) zrobił na mnie kolosalne wrażenie; choć oglądałem go przez wizjer i zmuszony byłem myśleć o ekspozycji zdjęć, to i tak udzieliła mi się magia tego spektaklu.

Przed rokiem nie dałem rady zjawić się na pokazie Draconiki, ale postanowiłem sobie, że w 2011 nie odpuszczę. „Światełko do nieba” aka występ dębickich tancerzy ognia zaplanowano na godzinę 20:00 przed muszlą koncertową na Rynku. Na miejscu zjawiłem się około 19:15, coby zdążyć się nieco zaaklimatyzować. Spotkałem kuzynkę, której uczniowie właśnie kończyli śpiewać (kuzynka prowadzi szkołę śpiewu).

Tradycyjnie też pojawiła się dyrektor MOK-u, której tradycyjnie zrobiłem zdjęcie w towarzystwie córki. Również innej tradycji stało się zadość; mianowicie znowu poproszono mnie o zdjęcie do „Obserwatora”, biorąc moją skromną osobę za fotoreportera najpopularniejszego tygodnika lokalnego :) W sumie kilkanaście zdjęć zrobiłem w ramach rozgrzewki sprzętu i siebie samego, z czego połowa, to znajomi i zdjęcia na prywatny użytek.

Na bazie doświadczeń z poprzedniego występu „Draconiki” przygotowałem sobie pewną koncepcję na ten wieczór. Miało być trudniej, lepiej, z poprzeczką ustawioną dużo wyżej. Parametry ekspozycji miały być dobrane tak, abym nie musiał później niczego korygować. Miały być dłuższe czasy, miały być błyski na obydwie kurtyny, miał być najazd z błyskiem na wielkie logo „Draconica”. Miało być, ale… czy było?

Odpowiedź brzmi: dwóch srok za ogony jednocześnie złapać się nie da.  Albo rybki, albo akwarium, bo technicznie swoich pomysłów w tym przypadku nie przeskoczę :)

Zwyczajem grupy „Draconica”, cały pokaz miał swoje przesłanie. Tym razem było to przedstawienie o telewidzu wgapionym w ekran, z którego płyną rozmaite obrazy serwowane przez różne stacje telewizyjne. Pomysł fajny, tło dźwiękowe trafione, ale całość nie porwała mnie tak, jak pod „Rajem”. Ale gęba mi się uśmiechnęła, kiedy po rynku rozległ się poirytowany głos Kamila Durczoka ;)


Czytaj całość…

Salwa honorowa ku pamięci zmarłego wujka

Dokładnie dwa tygodnie temu stwierdziłem pad płyty głównej. Początkowo podejrzewałem kartę graficzną, ale po przepięciu się na gniazdo zintegrowanej żaden cud nie nastąpił. Diagnoza: płyta główna do wymiany.

Chciałem uniknąć całego kabaretu z reinstalowaniem całego środowiska pracy, postanowiłem kupić dokładnie ten sam model płyty głównej. Jedna oferta na Allegro u sprzedawcy, po którego komentarzach można domniemać, że miewa on w swej działalności wzloty i upadki.

Zaryzykowałem. Czy się opłaciło? Po dwóch tygodniach wiem, że nie. Na płytę czekałem prawie tydzień i tylko swoim interwencjom telefonicznym zawdzięczam to, że w ogóle sprzęt dotarł do mnie przed świętami. Po zainstalowaniu płyty okazało się, że do wymiany jest również karta graficzna. Podejrzewam, że to ona spowodowała awarię płyty-matki. Kupiłem więc i grafikę: wysłana w poniedziałek po świętach, dotarła do mnie następnego dnia po nadaniu. Bingo!

Teraz w telegraficznym skrócie opiszę, co było dalej: w systemie burdel od sterowników [stop] głębia kolorów sztuk 256 [stop] ostatecznie reinstalacja wszystkiego [stop] konieczność aktualizacji biosu płyty głównej [stop] noc zarwana.

Środowisko pracy przywracać skończyłem w środę nad ranem, później drzemka i nadrabianie zaległości powstałych w wyniku nieplanowanego rozbratu z komputerem. A w czwartek pogrzeb.

Dzień po świętach, po ciężkiej chorobie zmarł wujek – brat mojego taty. Niby był czas, aby przygotować się na najgorsze, ale to jednak cios. Na dzień pogrzebu wybrano czwartek. Nie lubię pogrzebów, wręcz mam na nie alergię. Podobnie jest z weselami, ale z tymi jest wariant „b”, który polega na tym, że uczestniczę w nim przyklejony do wizjera aparatu. Pogrzeb, to jednak inna historia.

Żołnierze, w takich sytuacjach, oddają salwy honorowe z broni palnej. A fotograf? Fotograf też może wcisnąć spust. Spust migawki. Ucieszyłem się na myśl, że będę mógł pożegnać wujka na swój własny sposób, tak, jak umiem najlepiej. Od serca i po swojemu, fotografią zastępując wszelkie zdrowaśki i wieńce.


Czytaj całość…

Kto rano wstaje, ten robi zdjęcia we mgle

W środku tygodnia wzięło mnie na łażenie po mieście. Mgła jest niesamowita; niesamowite jest to, jak skutecznie potrafi wyciągnąć mnie z ciepła czterech ścian na chłód i wilgoć. Często jej ulegam, tak jak choćby wczoraj.

Takiej aurze nie sposób się oprzeć

Takiej aurze trudno się oprzeć

Dawno nie łaziłem po mieście, a przecież tak bardzo to lubię. Trudno moje miasto nazwać fotograficznym; ludzie raczej spięci, a czasami wręcz wystraszeni. Tak jak pewien pan – dostawca wyrobów pewnego lokalnego zakładu mięsnego; gdy go mijałem, akurat wyładowywał skrzynki. Zapytałem, czy mogę mu zrobić zdjęcie z tym mięsem lub samo mięsko sfotografować. Panika! Jak słowo daje, gość wyglądał na tak bardzo wystraszonego, jak gdyby poczuł na swojej skroni zimny dotyk lufy pistoletu. „Nie! Nie!” – autentycznie facet się wystraszył. Może myślał, że jestem dziennikarzem prowadzącym jakieś śledztwo o oszukanym mięsie? Często ludzie biorą mnie za kogoś z prasy, a najgorsi są bezdomni; oni uwielbiają redaktorom wrzucać na świat, który redaktorzyny opisują, a który bezdomni mają gdzieś. Zabawnie czasem bywa, ale wybija to z rytmu.


Czytaj całość…

Konflikt pokoleń dotyczy również fotografów

W słoneczne, niedzielne popołudnie zachciało mi się iść na spacer. Ot, taka spontaniczna zachcianka. Jednak nie lubię uprawiać sztuki dla sztuki tracąc jedynie czas, toteż aby uczynić moją przechadzkę owocną, postanowiłem wziąć ze sobą aparat.

Pomyślałem, że jest fajna pora, aby zakotwiczyć na dłużej w parku i podpatrywać ludzi na tle wczesnojesiennej scenerii. Plan ten jednak porzuciłem mijając boczną bramę Starego Cmentarza w Dębicy. Zaledwie tydzień temu byłem w Tarnowie fotografować wiekowe groby – dlaczego więc nie powtórzyć tej koncepcji tutaj, na miejscu?

Wszedłem przez bramę główną. Patrząc na wprost, na końcu głównej alei widać starą, neogotycką kaplicę grobową. Mnie jednak bardziej interesowało to, co znajdowało się obok mnie: mnóstwo starych grobów! Nie tak starych, jak w Tarnowie, ale „kilka perełek na pewno się znajdzie” – pomyślałem.

Oczy moje namierzyły grób, w którym pochowano kilka osób i wszystkie one żyły w XIX wieku. Sam cmentarz również powstał w tym okresie, dokładnie na początku dziewiętnastego stulecia.

Wyjąłem aparat i zacząłem przymierzać się do pierwszego zdjęcia. Nijak mi nie pasowało, bo po prostu przyszedłem o niewłaściwej porze. Gdyby słońce przesunąć o 180 stopni, byłoby okej, ale tu miałem dokładnie pod światło.. Co tu robić? Co robić? Doświetlić fleszem? Niegłupia myśl! Ustawiłem sobie w aparacie wszystko tak jak stałem, by za pomoc wbudowanej lampy skutecznie skontrować światło słoneczne. Ekspozycja: -1,3EV, flash +1,7EV, 1/125s i taki sam czas błysku…

Cel… pal… ognia! Stuk, pstryk, klap i… bingo! Kadr dupowaty, ale reszta cacy – dokładnie tak, jak chciałem :) Postanowiłem jednak darować sobie błyskanie, a skupić się na ciekawych ujęciach. O ile można skupić się, spacerując we dwoje (narzeczone moje miało niebawem dołączyć do mnie). Drugie zdjęcie starannie sobie wydreptałem, starają się trzymać bokiem do słońca; przed pstryknięciem jeszcze drobna korekta ustawień i… stuk-pstryk-klap. Ledwie odkleiłem twarz od aparatu, gdy zza grobu stojącego obok usłyszałem:

  • – Panie, ale pan nic nie ustawia!
  • – Kto? Jak nie ustawia?
  • – No nie ustawia pan nic!
  • – A co mam jeszcze ustawiać?
  • – No, wszystko!
  • – Ustawiłem!
  • – Nie widziałem, żeby pan ustawiał!
  • – Bo ustawiam z tej strony – (pokrętło mam pod kciukiem, a przycisk +/- obok spustu migawki).


Czytaj całość…

Stary Cmentarz w Tarnowie

Stary Cmentarz w Tarnowie

Stary Cmentarz w Tarnowie

W okraszonym samplami z Jupitera 37A wpisie o skutkach niedoboru snu u fotografów wspomniałem o Starym Cmentarzu w Tarnowie, który stanowił cel mojej i Mirka niedzielnej eskapady. Zapowiadając galerię, która znajduje się poniżej, nazwałem cmentarz „zaniedbanym”, co jednak nie jest do końca prawdą. To znaczy „jest”, ale „nie jest”. Już tłumaczę, w czym rzecz :)

Stary Cmentarz w Tarnowie jest tak stary, że przechadzając się jego (remontowanymi) alejkami można odnieść wrażenie, że część rodzin pochowanych tam zmarłych musiała wymrzeć. Miażdżącą przewagę liczebną nad „współczesnymi” mają te stare, naprawdę bardzo stare groby. Spore problemy miałem z lokalizowaniem grobowców ludzi pochowanych po II Wojnie Światowej. Zmarłych po 45 często chowano w starych, istniejących już grobowcach. Dookoła roiło się od tablic z datami z XIX wieku i starszymi.

Tylko nieliczne groby sprawiały wrażenie odwiedzanych przez bliskich. „Aktywne” znicze można policzyć na palcach jednej ręki, wypalonych było kilka razy więcej, choć i wielokrotność tej liczby dałoby się pokazać prostując paluchy tylko jednej dłoni. Stąd właśnie określenie „zaniedbany” jest prawdziwe, bo zaniedbany przez bliskich.

Z drugiej jednak strony cmentarzem opiekuje się miejscowy Komitet Opieki nad Starym Cmentarzem, którego pracy nic nie można zarzucić. Z tego powodu nieprawdziwym staje się stwierdzenie, że o cmentarz nikt nie dba. Dba; nawet w ten niedzielny, chłodny poranek, jeszcze przed godziną siódmą, między grobami dostrzegłem mężczyznę, który przy paru grobach posprzątał, a do tego pozamiatał alejki wokół nich. Podejrzewam, iż był to jeden z opiekunów cmentarza.

Jednak troska, jaką Komitet Opieki nad Starym Cmentarzem otacza swojego podopiecznego, jest troską – że tak się wyrażę – ogólną. Jest czysto, schludnie, ale brakuje tej indywidualnej opieki nad każdym grobem z osobna. Takiej opieki, jaka ma miejsce na „świeżych” cmentarzach, gdzie każdy nagrobek jest w innym stylu przystrojony, a zapuszczone mogiły stanowią rzadkość.


Czytaj całość…