Drugi dzień wiosny, choć pierwszego jeszcze nie widać

Drugi dzień wiosny 2013, czyli Dębica w śniegu

Drugi dzień wiosny 2013, czyli Dębica w śniegu

Pierwszy dzień wiosny astronomicznej i wiosny kalendarzowej za nami, a pierwszego dnia wiosny klimatycznej ciągle nie widać. Zimy 2012/2013 już nas kilka razy zasypywało, ale też tyle samo razy to wszystko topniało. I gdy już wydawało się, że wiosny astronomiczna, kalendarzowa i klimatyczna spotkają się mniej więcej w tym samym czasie, okazało się, że matka natura postanowiła sobie z nas zakpić.

Dziś, gdy po przebudzeniu wyjrzałem przez okno, wiedziałem już, że na miasto (miałem tam coś do załatwienia) wyskoczę piechtolotem i z aparatem w dłoni. Czas trochę naglił i nadal nagli, więc oto łapcie szybki wpis z szybkimi zdjęciami z szybkiego spaceru, który wiosennym może być tylko z definicji popartej datą w kalendarzu. Tak oto 22 marca 2013 wyglądała Dębica :) A jak u Was? Też zamiast topić Marzannę lepiliście bałwana?

Czytaj całość…

Zakupowe buractwo

Łomoszoping (a co to?) powraca na łamy bloga. Tym razem jest to secik składający się z tuzina zdjęć przedstawiających radosną twórczość rodzimych zakupowiczów: Polaków, europejczyków, ludzi kulturalnych, nowoczesnych, ludzi wytykających wady innym i lubiących czuć się lepszymi od innych.

Buraki na zakupach jedzą brzoskwinie

Buraki na zakupach jedzą brzoskwinie

Mam nadzieję, że jakimś cudem burak jeden z drugim rozpozna się na poniższych zdjęciach i przeczyta, jakim to burakiem jest. Odpicowany, z piersią wypiętą podbija markety, a taka słoma w butach, że nic, tylko zapalone zapałki rzucać. Jak się bucom spieszy, to niech w ogóle tak dużych sklepów nie odwiedzają. Długimi kwadransami pchają przed sobą wózki, a szkoda im krótkiej chwili na to, aby nie przysparzać pracy tym, którzy za psi pieniądz zapieprzają przez to, że takie jaśnie buractwo pragnie poczuć się jak u siebie, robiąc chlew dookoła.

Czytaj całość…

Taka tam ulewa z takiego tam okna

Z głębokiego skupienia nad pracą wyrwało mnie potężne pieprznięcie. To piorun w coś trafił, całkiem blisko. Wręcz bardzo blisko. Dopiero wtedy zauważyłem, że ta burza, która zza klosza koncentracji, zdawała się (jak zwykle) omijać moją lokalizację szerokim łukiem, tym razem hukiem gromu dała znać, że oto przybyła i jest tu. A razem z nią deszcz. Nie, nie deszcz. Ulewa. Rzęsista ulewa. Taka, jak dwa lata temu, kiedy zalało kawał miasta.

– Będzie powtórka?
– Raczej nie – z bliska odpowiedział kolejny grom

Wyłączyłem komputer, wyłączyłem radio, a nawet odłączyłem przedłużacze. Tak na wszelki wypadek. Bo skoro burza w końcu dotarła i szaleje nad moją głową, lepiej dmuchać na zimne. Chcę skończyć robociznę, nad którą siedziałem i chcę mieć możliwość działania wtedy, kiedy będę miał ochotę. Zepsuta lampa wystarczy.

Ulewa

Ulewa

Co robić w tę burzę? Wszelkie rozrywki wymagające gniazdka w ścianie odpadają. Aparat! Zdjęcia! No przecież! Tylko, że nie mam ochoty wyłazić w ten prysznic. Zdjęcia z okna? Nic ciekawego. Gdybym wcześniej zauważył zbliżającą się burzę i wiedział, że odłączę się od prądu, to pewnie wyskoczyłbym z aparatem gdzieś na miasto. A tak to zostaje…

Okno.

Podszedłem do i spojrzałem w dół: na tle cieni rzucanych przez drzewa pięknie rysowały się smugi deszczu. „A gdyby jednak?”

Sięgnąłem aparat, zasiadłem w pełnym manualu i zacząłem kombinować. Ciemno: iso-800 przy f/2.8 dawało 1/80 – 1/100s. Hmm… takie warunki, że musi coś z tego wyjść, nawet z nieciekawie usytuowanego okna. I wyszło. Gdy już burza odeszła w rejony, którymi zwykle mnie omija, wróciłem do pracy. Ale wcześniej dokończyłem zdjęcia z okna. Oto one.

Czytaj całość…

Jak wykorzystać zastane światło i cienie?

Wykorzystanie zastanego światła

Światła vs. cienie

Celem tego wpisu jest udowodnienie, jak ważne jest pozytywne myślenie, nie zrażanie się przeciwieństwami losu i śmiałe patrzenie wprzód w poszukiwaniu innej drogi, gdy zaplanowana trasa nie wypaliła. Tematu wykorzystywania zastanego światła, rzecz jasna, nie jestem w stanie wyczerpać, ale…

…mogę podać parę przykładów ugotowania niegłupiej potrawy z tego, co było pod ręką i bez książki kucharskiej. Bo nie lubię wtórności i zawsze własnymi ścieżkami staram się dojść do kulinarnej perfekcji. Może kiedyś mi się to uda. Póki co zwiedzam, eksploruję, starając się miejsca od zaplecza, a nie jeździć w jedno i to samo miejsce jak turysta, któremu wyjątkowo spodobało się miejsce, w które trafił z zakupionym przewodnikiem w ręku. Póki co perfekcją nawet mi nie pachnie, więc pokornie stoję tu, gdzie stoję, będąc tu, gdzie jestem. Jak na swoje ambicje potrafię niewiele, ale tym, co już umiem, staram się dzielić na tym blogu. Kogoś może zainspiruję, kogoś może podniosę na duchu, gdy upadnie zniechęcony kolejnym niepowodzeniem… Anyway.

Od dłuższego czasu w mojej głowie dojrzewał pomysł na sesję zdjęciową. Nie z żadną ładną modelką, ale z facetem i to z facetem wyglądającym jak mężczyzna, a nie jak jakiś pizduś :) Pomyślałem o Tomku – kuzynie, który spełniał moje oczekiwania: męska, ale nie piękna twarz (piękno zarezerwowane jest dla kobiet), dobrze zbudowany, ale nie jak z żurnala, do tego z charakterem… Przekonałem go do mojego pomysłu i postanowiliśmy działać.

Z różnych przyczyn pierwsza sesja odwlekała się w czasie i w końcu, żeby nie marnować już czasu, postanowiliśmy pierwsze zdjęcia zrobić w miniony weekend. Padło na sobotę, na godzinę 15 i jak na złość o 15 padło z nieba i padać nie przestawało. Niby zdjęcia tylko na przetarcie, na oswojenie się, na obadanie i dogranie szczegółów, na sprawdzenie się po obydwu stronach optyki aparatu, ale jednak i te skromne plany deszcz skutecznie popsuł.

Schowani pod mini-wiaduktem kolejowym (na oko z 8 metrów długości, 3 wysokości i 3,5-4 szerokości) czekaliśmy, aż przestanie padać. Wkurzało mnie to, bo tę miejscówkę chciałem w zupełnie inny sposób wykorzystać, a później przenieść się w inne miejsce, w którym powstanie większość właściwych zdjęć. Nic z tego tym razem.

Czytaj całość…

Salwa honorowa ku pamięci zmarłego wujka

Dokładnie dwa tygodnie temu stwierdziłem pad płyty głównej. Początkowo podejrzewałem kartę graficzną, ale po przepięciu się na gniazdo zintegrowanej żaden cud nie nastąpił. Diagnoza: płyta główna do wymiany.

Chciałem uniknąć całego kabaretu z reinstalowaniem całego środowiska pracy, postanowiłem kupić dokładnie ten sam model płyty głównej. Jedna oferta na Allegro u sprzedawcy, po którego komentarzach można domniemać, że miewa on w swej działalności wzloty i upadki.

Zaryzykowałem. Czy się opłaciło? Po dwóch tygodniach wiem, że nie. Na płytę czekałem prawie tydzień i tylko swoim interwencjom telefonicznym zawdzięczam to, że w ogóle sprzęt dotarł do mnie przed świętami. Po zainstalowaniu płyty okazało się, że do wymiany jest również karta graficzna. Podejrzewam, że to ona spowodowała awarię płyty-matki. Kupiłem więc i grafikę: wysłana w poniedziałek po świętach, dotarła do mnie następnego dnia po nadaniu. Bingo!

Teraz w telegraficznym skrócie opiszę, co było dalej: w systemie burdel od sterowników [stop] głębia kolorów sztuk 256 [stop] ostatecznie reinstalacja wszystkiego [stop] konieczność aktualizacji biosu płyty głównej [stop] noc zarwana.

Środowisko pracy przywracać skończyłem w środę nad ranem, później drzemka i nadrabianie zaległości powstałych w wyniku nieplanowanego rozbratu z komputerem. A w czwartek pogrzeb.

Dzień po świętach, po ciężkiej chorobie zmarł wujek – brat mojego taty. Niby był czas, aby przygotować się na najgorsze, ale to jednak cios. Na dzień pogrzebu wybrano czwartek. Nie lubię pogrzebów, wręcz mam na nie alergię. Podobnie jest z weselami, ale z tymi jest wariant „b”, który polega na tym, że uczestniczę w nim przyklejony do wizjera aparatu. Pogrzeb, to jednak inna historia.

Żołnierze, w takich sytuacjach, oddają salwy honorowe z broni palnej. A fotograf? Fotograf też może wcisnąć spust. Spust migawki. Ucieszyłem się na myśl, że będę mógł pożegnać wujka na swój własny sposób, tak, jak umiem najlepiej. Od serca i po swojemu, fotografią zastępując wszelkie zdrowaśki i wieńce.

Czytaj całość…

Konflikt pokoleń dotyczy również fotografów

W słoneczne, niedzielne popołudnie zachciało mi się iść na spacer. Ot, taka spontaniczna zachcianka. Jednak nie lubię uprawiać sztuki dla sztuki tracąc jedynie czas, toteż aby uczynić moją przechadzkę owocną, postanowiłem wziąć ze sobą aparat.

Pomyślałem, że jest fajna pora, aby zakotwiczyć na dłużej w parku i podpatrywać ludzi na tle wczesnojesiennej scenerii. Plan ten jednak porzuciłem mijając boczną bramę Starego Cmentarza w Dębicy. Zaledwie tydzień temu byłem w Tarnowie fotografować wiekowe groby – dlaczego więc nie powtórzyć tej koncepcji tutaj, na miejscu?

Wszedłem przez bramę główną. Patrząc na wprost, na końcu głównej alei widać starą, neogotycką kaplicę grobową. Mnie jednak bardziej interesowało to, co znajdowało się obok mnie: mnóstwo starych grobów! Nie tak starych, jak w Tarnowie, ale „kilka perełek na pewno się znajdzie” – pomyślałem.

Oczy moje namierzyły grób, w którym pochowano kilka osób i wszystkie one żyły w XIX wieku. Sam cmentarz również powstał w tym okresie, dokładnie na początku dziewiętnastego stulecia.

Wyjąłem aparat i zacząłem przymierzać się do pierwszego zdjęcia. Nijak mi nie pasowało, bo po prostu przyszedłem o niewłaściwej porze. Gdyby słońce przesunąć o 180 stopni, byłoby okej, ale tu miałem dokładnie pod światło.. Co tu robić? Co robić? Doświetlić fleszem? Niegłupia myśl! Ustawiłem sobie w aparacie wszystko tak jak stałem, by za pomoc wbudowanej lampy skutecznie skontrować światło słoneczne. Ekspozycja: -1,3EV, flash +1,7EV, 1/125s i taki sam czas błysku…

Cel… pal… ognia! Stuk, pstryk, klap i… bingo! Kadr dupowaty, ale reszta cacy – dokładnie tak, jak chciałem :) Postanowiłem jednak darować sobie błyskanie, a skupić się na ciekawych ujęciach. O ile można skupić się, spacerując we dwoje (narzeczone moje miało niebawem dołączyć do mnie). Drugie zdjęcie starannie sobie wydreptałem, starają się trzymać bokiem do słońca; przed pstryknięciem jeszcze drobna korekta ustawień i… stuk-pstryk-klap. Ledwie odkleiłem twarz od aparatu, gdy zza grobu stojącego obok usłyszałem:

  • – Panie, ale pan nic nie ustawia!
  • – Kto? Jak nie ustawia?
  • – No nie ustawia pan nic!
  • – A co mam jeszcze ustawiać?
  • – No, wszystko!
  • – Ustawiłem!
  • – Nie widziałem, żeby pan ustawiał!
  • – Bo ustawiam z tej strony – (pokrętło mam pod kciukiem, a przycisk +/- obok spustu migawki).

Czytaj całość…