Teatr Kurtyna „Papa się żeni” – zdjęcia

W dniach 16 i 17 kwietnia na scenie dębickiego Domu Kultury „Śnieżka” była okazja obejrzenia teatryzacji klasyku polskiego kina pt. „Papa się żeni”. Teatr Kurtyna zaprezentował własną interpretację historii Miry Stelli i jej adoratorów. Muszę przyznać, że ten teatralny remix – dość odważny – całkiem fajnie im wyszedł. Więcej na temat moich kulturalnych wrażeń na blogu Szuman.eu (KLIK)

„Papa się żeni” obejrzałem w niedzielę, w towarzystwie Oblubienicy Mej Kobiety. Tym razem nikt mnie nie prosił o zdjęcia, więc spokojnie mogliśmy sobie zasiąść na widowni, nie przejmując się miejscem, z jakiego przyjdzie nam sztukę oglądać. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie wziął aparatu :) Teraz jednak wziąłem go dla zabawy. Chciałem zrobić trochę zdjęć z perspektywy widza, a przy okazji – korzystając z braku fotograficznych zobowiązań wobec kogokolwiek – w pełni oddać się rękodziełu. No, jedynym automatem, z jakiego korzystałem, był (niezbyt celny w tym obiektywie) AF – ale z włączoną opcją ręcznej korekty.

Klisza wybacza najwięcej, a najmniej matryca LiveMOS – czyli dokładnie taka, w jaką wyposażony jest mój Olympus. Żeby było ciekawiej, zabrałem ze sobą tylko jeden akumulator, tylko jedną kartę pamięci i tylko obiektywy kitowe: 40-150 mm i 14-42 mm, którego jednak nie użyłem (wziąłem na wypadek, gdybyśmy dostali miejsce blisko sceny). Ot, typowy zestaw niedzielnego używacza lustrzanki. Pod koniec spektaklu żałowałem, że nie zabrałem całej torby z fotoklamotami – przydałaby mi się lampa. Ale wiecie co? Po całej godzinie powstrzymywania się od wstania z miejsca i fotografowania, brak dodatkowego sprzętu wcale mnie nie bolał. Nawet swego rodzaju satysfakcję czułem – podobną do tej, jaką daje rzucenie palenia.

Słabiutko w tej „Śnieżce” świecą. Gdybym z takimi ustawieniami ekspozycji robił Mokaferię (link), to 90% zdjęć byłoby wyjaranych na wylot. ;) Przed rozpoczęciem niedzielnego seansu wstępnie sobie aparat poustawiałem, ale gdy się zaczęło… prędko czułość w górę i dopiero stopniowo dostosowywałem się do warunków. Kusiła wtedy możliwość przejścia na półautomat, ale nie dałem się. ISO 800 i ciągłe lawirowanie, aby utrzymać czasy na poziomie nie dłuższym, niż 1/40s, co przy przysłonie 5,6-6,3 pozwalało zdjęcia naświetlać na poziomie -4 do -2,7.

Paskudnie powychodziły niektóre zdjęcia, ale było to do przewidzenia. Zrobione na ISO 800, podciągane po 3 EV i bez najmniejszego odszumiania muszą być brzydkie. Poza tym wiele kadrów niepotrzebnie ucierpiało przez manual: naświetlałem je z czasami po 1/250s, a spokojnie wystarczałoby im 1/80s. Czasem jednak nie nadążałem czasem z ustawieniami – przyznaję. Jednak nie żałuję tej zabawy, bo nawet, gdy efekty są mizerne, to frajda i kolejne zdobyte doświadczenia są na ogół bezcenne.

Najnowsze wpisy ze zdjęciami publikuję na nowym fotoblogu dostępnym w menu mojej prywatnej strony: www.marcinszumanski.pl

3 komentarze

  1. Piotrek napisał(a):

    Nie wiem jak to zrobiłeś, że wysiedziałeś całe przedstawienie w krześle ale ja bym chyba nie wytrzymał :D

  2. szuman.eu napisał(a):

    […] bo byłym w dość znacznym stopniu pochłonięty manualną walką z aparatem (o tym i same zdjęcia z „Papa się żeni” znajdziecie na Wsubiektywie.pl), ale to, co najważniejsze, udało mi się wychwycić.Baronowi […]

  3. Marcin Szumański napisał(a):

    To nawet nie było takie trudne ;) Przed rozpoczęciem spektaklu na moment wstałem i tylko wtedy miałem problem z powrotem na miejsce ;) Gdy siedziałem, to zleciało.