Upały nie sprzyjają fotografii

Ponad trzydziestostopniowe upały dają się we znaki wszystkim. Patrząc na tych wszystkich, którym ich zawodowa praca nie pozwala schronić się gdzieś w chłodku, zastanawiam się, czy bardziej należy im się podziw, czy może jednak współczucie. Przewalone pracować w taki gorąc, szczególnie tym, których praca wymaga skupienia i ciągłego główkowania. Tak mi się przynajmniej wydaje…

Awizo poszedłem odebrać. Nie udało mi się wstać – jak planowałem – przed szóstą rano. Niby blok ocieplają i niby harmider robotnicy robią na tym rusztowaniu, ale chyba już przywykłem. Wstałem po ósmej, ale dopiero po dziesiątej udało mi się wyjść. Wcześniej musiałem zapewnić sobie zastępstwo w czekaniu, bowiem spodziewałem się kuriera z małą blendą (srebrno biała 60 cm), którą w końcu wziąłem i kupiłem. Kurier był, ale już po moim powrocie.

Myślałem sobie pójść na miasto i trochę streetu porobić. Upał, to i ludzie charakterystycznie się zachowują – nic, tylko dobrze ustawiać się i łapać ten gorąc migawką. Fajnie sobie układać to wszystko w głowie, zapominając, że ten cholerny upał dotyczy również mnie samego.

Upalnie

Upalnie

Po drodze wchłonąłem – tytułem śniadania – zapiekankę. Wsuwałem ją idąc, a dokończyłem na ławce w Rynku. Rozejrzałem się: jakiś facet karmił gołębie, kilka młodych matek z dziećmi okupywały fontanny lub ganiały za pociechami, które z kolei goniły gruchający miejski drób. Do tego dostawa piwa do ogródków piwnych i taka ogólna małomiejska sielanka. Wszystkie ławki wolne – mowa, oczywiście, o tych w słońcu. Przysiadł się do mnie jakiś facet, zamieniliśmy kilka słów o pogodzie, z ust rozmówcy padła też sugestia, iż tracę czas relacjonując w gazecie poczynania polityków… Ehh, czy wyglądam na pismaka?

Wyjąłem aparat, zapiąłem Heliosa i polazłem między fontanny. Jakieś mamy i jedna chyba babcia z kilkunasto miesięcznymi bahorkami wokół fontanny. Postanowiłem odczekać chwilę, aby zdążyły zauważyć mnie i odejść, jeśli nie chcą znaleźć się na zdjęciu, lub też dać znak, że nie mają nic przeciwko temu, że są w kadrze i zostaną uwiecznione. Czekanie… gorąco… uff, jak bardzo…

Wreszcie jedna z mam, gdy na nią spojrzałem, uśmiechnęła się, co potraktowałem jako przyzwolenie do fotografowania. Nie spiesząc się kucnąłem, podniosłem aparat ku oku i skierowałem w jej kierunku obiektyw. Zerknęła jeszcze raz na mnie i nie przerywała sobie przechadzki z synkiem po fontannie. Poczekałem, aż woda wystrzeli w górę i wcisnąłem spust. Gotowe.

Wstałem i otarłem pot z czoła. Lało się ze mnie jak z konewki. Podszedłem do drugiej fontanny, chcąc zrobić szersze ujęcie fontanny #1, ale wena gdzieś mi się skończyła. Myśli mimowolnie zaczęły szukać cienia. To nie jest pogoda do fotografowania.

Spragniony gołąb

Spragniony gołąb

Na fontannie stał gołąb i kombinował, jak tu się napić. Kiedy zamierzał wskoczyć do fontanny, z dysz wystrzeliwały w górę strumienie, na co gołąb gwałtownie odsuwał się w tył. Kiedy ciśnienie słabło, a ptaszysko strach opuszczał, woda na powrót wystrzeliwała w górę – reakcja gołębia znana. Jedyne, co mu pozostało, to spijać to, co się rozchlapało.

Ale gorąco… cienia, do cienia!!! Sęk w tym, że ławki w cieniu pozajmowane. Może by tak jeszcze jedno zdjęcie? Tak, jeszcze jedno i pójdę do parku. Odkomarzali, to może moskity mnie nie zjedzą. Jeszcze jedno zdjęcie… ale jak? Nie mam pomysłu, nie myślę… chcę do cienia!

W cieniu najlepiej

W cieniu najlepiej

Cały mokry (od potu, oczywiście) skierowałem się do ogródka Jordanowskiego. Taki park, ostatnio coraz bardziej rekreacyjny. Mijając sklep samoobsługowy przypomniałem sobie, jak to kiedyś, przed dobrymi dziesięcioma laty, RedBull dodał mi skrzydeł. Wówczas było podobnie gorąco i również w samie „Społem” skusiłem się na schłodzonego RedBulla. To było czad! Wybiłem i miałem wrażenie, jakby mocno schłodzony popłynął razem z krwią i chłodził mnie całego od środka – od stóp po czubek głowy. Tyle tylko, że dziś ten czubek głowy mógłby najwyżej boleć, bo po mocnej kawie rano i przyzwyczajony już do napojów energetycznych mógłbym mój organizm mógłby zareagować inaczej niż wtedy, gdy był jeszcze w miarę dziewiczy. Z RedBullem dałem sobie spokój, podobnie jak z parkiem.

Zlany potem, z uczuciem pustki po stracie weny, skąpany w żarze lejącym się z nieba poczłapałem na pocztę. Parę osób przede mną, zaduch i średnio fajna obsługa… Jakaś taka obojętność mi się włączyła: spokojnie, raz po raz ocierając spływający po twarzy pot, odstałem swoje, popisałem karteczki i polazłem do domu. O zdjęciach już nie myślałem, a jedynie ciężar torby przypominał mi o tym, że oprócz odebrania awizowanych przesyłek coś jeszcze miałem do zrobienia na mieście.

Na takim gorącu nic zdziałać nie potrafiłem. Zero fantazji, zero myślenia, zero weny… Wszystko takie dupowate i nawet te miejscówki, które nieraz uznawałem za super fotogeniczne, wydawały mi się beznadziejne. Taki gorąc… może by tak zdjąć koszulę? Jakiś kapelusik trzeba będzie sobie sprawić.

Najnowsze wpisy ze zdjęciami publikuję na nowym fotoblogu dostępnym w menu mojej prywatnej strony: www.marcinszumanski.pl

2 komentarze

  1. Jurgi napisał(a):

    Mnie też czasem, kiedy robię zdjęcie, to pytają do jakiej gazety. Ale ja faktycznie pracowałem dla lokalnego tygodnika, więc może pamiętają.

    Niestety, mnie też wena słabnie w tym upale, a tu trzeba minimum dwa poważne teksty dziennie skrobnąć, że nie wspomnę o czymś na bloga. Najgorzej jednak to chyba reagują moje oczy. Wieczorem normalnie już nie da się ich używać, przymusowe chodzenia spać z – niemalże – kurami.

  2. Marcin Szumański napisał(a):

    Razu pewnego jakiś bezdomny zrypał mnie za pisanie do gazet i trzymanie strony polityków ;D To było podczas porannego wypadu na miasto, z którego kilka zdjęć jest również na tym blogu. Chciałbym umieć właśnie tak jak ty chodzić wcześniej spać i wcześnie wstawać – dzień jest taki długi. Teraz przymusowo wstaję po 6, bo blok ocieplają i nie da się spać. Najgorsze jest to, że nie potrafię wcześnie zasnąć.